porto-czarny-koń

Czarny Koń: Historia FC Porto, czyli gdy kopciuszek sięga po Ligę Mistrzów

Mistrzowie Portugalii zakwalifikowali się do fazy grupowej Ligi Mistrzów bez żadnych eliminacji. Dzięki pierwszemu miejscu w swojej lidze, otrzymali automatyczną przepustkę do gry w najważniejszych klubowych rozgrywkach. Los przydzielił im całkiem niezły zestaw drużyn, przy którym FC Porto mogło powalczyć o wyjście z grupy z drugiego miejsca. Przeciwnikami miały być Real Madryt z Hiszpanii, Olympique Marsylia z Francji oraz Partizan Belgrad z Serbii. Idealna okazja, aby sprawdzić się na tle mocnego rywala, ale też, żeby powalczyć o coś więcej.

Nieważne jak zaczynasz

Po zdobyciu mistrzostwa Portugalii i wygraniu Pucharu UEFA kibice FC Porto mogli być nasyceni. Jose Mourinho poukładał zespół tak, że na krajowym podwórku nie miał sobie równych, a i w Europie odcisnął swoje piętno. Spodziewano się więc, że fazę grupową zacznnie od wygranej z Partizanem, ale w Belgradzie padł remis 1:1. “Smoki” co prawda objęły prowadzenie w pierwszej części gry po bramce z rzutu rożnego (dośrodkowywał Deco, a główkował Costinha), ale tuż po przerwie gospodarze doprowadzili do remisu. W drugiej kolejce na Estadio do Dragao przyjechał galaktyczny Real Madryt i pewnie zgarnął komplet punktów. To Porto znów pierwsze wyszło na prowadzenie i znów po bramce Costinhy, przy której asystował Deco. Jednak gwiazdy Los Blancos szybko odwróciły role i odniosły zwycięstwo 3:1. Tylko punkt po dwóch meczach i w perspektywie wyjazdowe spotkanie z Marsylią. Sytuacja nie była zbyt kolorowa. Gdybyście chcieli wtedy obstawiać na awans Porto u bukmachera, pewnie dużo można by zarobić. Warto wiedzieć jakie są bonusy powitalne u polskich bukmacherów. Może w obecnej edycji Ligi Mistrzów też znajdziecie zespół, który na razie nie wygląda najlepiej, ale później awansuje?

Do tego to OM wyszło pierwsze na prowadzenie za sprawą Didiera Drogby. Porto odpowiedziało jednak szybko i aż dwukrotnie golami Maniche’a i Derleia. W końcówce wynik podwyższył Alenichev i nawet bramka Merleta nie pokrzyżowała planów portugalskiej ekipie. Wygrana 3:2 stała się faktem i Smoki wróciły do gry o awans. Następnie czekała ich runda rewanżowa, a więc znów mecz z Marsylią, tyle że tym razem u siebie. Z roli gospodarza wywiązali się prawidłowo i ograli Francuzów 1:0 po trafieniu Benniego McCarthy’ego. Reprezentant RPA przypomniał sobie, jak się zdobywa gole w odpowiednim momencie. W meczu z Partizanem Belgrad u siebie ustrzelił dublet i pomógł w wygranej 2:1. Te punkty pozwoliły FC Porto spokojnie awansować i ostatni mecz z Realem na Santiago Bernabeu zagrać na większym luzie. Zaowocowało to podziałem punktów po remisie 1:1 i FC Porto wyszło z grupy z drugiego miejsca.

Giganci na drodze

W ⅛ finału Porto wylosowało najgorzej jak mogło. Mieli się zmierzyć z Manchesterem United kierowanym przez sir Alexa Fergusona. Pierwszy mecz grało jednak u siebie, więc musiało w maksymalnym stopniu wykorzystać atut własnego boiska, jeśli chciało na cokolwiek liczyć w rewanżu. Pierwsze prowadzenie objęły jednak “Czerwone Diabły”. Do siatki trafił Quinton Fortune, ale show miał tego dnia skraść inny gracz rodem z Republiki Południowej Afryki. Benni McCarthy najpierw wyrównał w pierwszej połowie, a następnie dał zwycięstwo Smokom strzałem głową. Wygrana 2:1 stała się faktem. Do rewanżowego starcia trzeba było jednak podejść z pełną koncentracją. Wyjazd na Old Trafford skazywany był przez wielu z góry na niepowodzenie. Tym bardziej, że strata gola na własnym boisku działała na korzyść Manchesteru. Sytuacja mocno się więc skomplikowała, gdy do siatki trafił Paul Scholes. Przez niemal całe spotkanie utrzymywało się to jednobramkowe prowadzenie, aż w 90 minucie przebudził się Costinha. Otrzymał futbolówkę od McCarthy’ego i wpakował ją do bramki. Porto doprowadziło do remisu, a dzięki zwycięstwu u siebie, awansowało do ćwierćfinału.

Wygraj i zremisuj

W tej fazie ponownie skojarzyło ich z francuską ekipą, tyle że tym razem był to Olympique Lyon. Ogólnie Porto w fazie pucharowej stosowało nieświadomie zasadę wygranej i remisu. Najpierw pokonało Lyon u siebie 2:0, a w rewanżu zremisowało 2:2. Podopieczni Mourinho mogli więc zagrać w półfinale z Deportivo La Coruną. Tam z kolei pierwsze spotkanie odbyło się w nudnej atmosferze i stanęło ostatecznie na bezbramkowym remisie. W Hiszpanii trzeba było więc strzelić bramkę, żeby awansować do finału. Nie był to najbardziej porywający dwumecz, a rozstrzygnęła go bramka Derleia z rzutu karnego. Finał Ligi Mistrzów dla FC Porto stał się faktem.

2004-porto

Wielki finał

W najważniejszym meczu Europy stanęły dwie drużyny, które zadziwiły cały świat. Z jednej strony FC Porto, a z drugiej AS Monaco. Trzeci francuski przeciwnik w drodze po chwałę. 26 maja 2004 roku w Gelsenkirchen mieliśmy poznać nowego triumfatora Champions League. Monaco w pokonanym polu zostawiło Lokomotiv Moskwa, Real Madryt i Chelsea, więc eksperci wskazywali ich jako faworytów. Pod koniec pierwszej połowy to jednak Porto wyszło na prowadzenie za sprawą Carlosa Alberto. W drugiej odsłonie Monaco rzuciło się do odrabiania strat i za bardzo się odkryło. W 71. minucie Deco strzelił drugiego gola dla Smoków i postawił Monaco pod ścianą. Didier Deschamps przesunął wszystkich piłkarzy do ataku, ale kilka chwil później po raz kolejny kontratak Porto zakończył się golem. Gwóźdź do trumny Francuzów wbił Alenichev i FC Porto po zwycięstwie 3:0 mogło wznieść Puchar Europy.